Kiedyś miałem już ubezpieczenie, ale stwierdziłem: „A po co mi to, szkoda kasy, przecież nic mi się nie dzieje”. I zrezygnowałem.

Karma wróciła szybciej, niż myślałem. Najpierw złamana noga, a chwilę później chwila nieuwagi i prawie odciąłem sobie palec.
Efekt? Wycięło mnie z pracy na prawie 6 miesięcy. Bez polisy, za to z potężnym rachunkiem za błędy i twardym lądowaniem w rzeczywistości.

Na własnej skórze (i kościach) nauczyłem się, że oszczędzanie na bezpieczeństwie to iluzja
Dlatego wróciłem do tematu, ale tym razem odrobiłem lekcje na 100%. Poskładałem w Nationale-Nederlanden pakiet totalny: życie, zdrowie, NNW, badania specjalistyczne, a nawet grube tematy jak pakiety onkologiczne (w tym glejaki). Co najlepsze – wszystko mam w wersji „full opcja” i całkowicie BEZ okresów karencji. Ochrona działa od sekundy zero.

Nie piszę tego, żeby się żalić, ale żebyście nie musieli uczyć się na takich błędach jak ja. Ubezpieczenia nie kupuje się po to, żeby myśleć o chorowaniu czy wypadkach. Kupuje się je po to, żeby w razie kryzysu mieć święty spokój i bezpieczne tyły.

A jak to wygląda u Was? Też uczycie się na własnych błędach, czy zabezpieczyliście się zawczasu?