Kwiat Śliwy pośród zimy
W kulturze chińskiej nic nie dzieje się bez przyczyny.
Imiona, liczby, gesty – wszystko ma tam swój ukryty sens, poezję i smak, o których my w Europie kompletnie już zapomnieliśmy. Nasz zachodni świat stał się boleśnie laicki, chłodny i skalkulowany. Przestaliśmy dbać o to, co nienamacalne. Zatraca się nasza tożsamość, a ojcowiznę zamieniliśmy na wieczną pogogoń za pieniądzem. Gromadzimy rzeczy, których nie potrzebujemy, kupujemy ubrania tylko po to, by zapełnić pustkę, i ślepo biegniemy przed siebie, tratując przyrodę. Najgorsze jest to, że ten chłód i konsumpcję przekazujemy dzieciom, powielając błędy pokoleń. Zamykamy oczy na las, wodę, powietrze… dopóki nie będzie za późno.
Fascynuje mnie mądrość Wschodu, bo tam wciąż szuka się harmonii. Pamiętacie, że dawniej w Chinach płaciło się lekarzowi tylko wtedy, gdy było się zdrowym? Lekarz miał dbać o dobrostan duszy i ciała, a nie tylko ratować w kryzysie. My tę wewnętrzną harmonię bezpowrotnie zgubiliśmy.
Przez długi czas sam czułem ten brak. Szukałem swojego miejsca na ziemi, czegoś wyjątkowego, co pozwoliłoby mi wyrwać się z tego marazmu, który potrafi ściągnąć człowieka na samo dno samotności.
Przypadek, który ma Twoje oczy
I wtedy, zupełnie przypadkowo, w moje życie wkroczyła Ona.
Znacie film „Nietykalni”? To opowieść o niewytłumaczalnej, głębokiej więzi, która rodzi się między ludźmi z całkowicie innych światów. Nigdy nie wierzyłem, że coś takiego może spotkać mnie w realnym życiu. A jednak.
Dzielą nas tysiące kilometrów i ocean różnic kulturowych. Ona mieszka teraz w Barcelonie, ale jej korzenie tkwią na zupełnie innym kontynencie. Na początku błędy językowe rodziły małe nieporozumienia, ale szybko okazało się, że słowa są tylko tłem. My się po prostu… czujemy. Nadajemy na tych samych, niewidzialnych falach, jakby nasze dusze znały się od pokoleń. Znaleźliśmy wspólny język w świecie, w którym tak trudno o autentyczne porozumienie.
Li Mei — myśl, która nie daje zasnąć
Wszystkie kwiaty na ziemi są piękne, ale ten jeden ma dla mnie magnetyczną siłę. Ma na imię Li Mei. Kwiat Śliwy.
W tradycji Wschodu ten kwiat jest symbolem niezłomności i nadziei – rozkwita jako pierwszy, prosto zmarzniętej ziemi, na przekór zimowym mrozom. Dla mnie Li Mei stała się dokładnie tym samym: ciepłym promieniem słońca w środku mojej własnej, osobistej zimy.
Nasze rozmowy mnie zmieniają. Budują mnie na nowo, dają siłę, o którą sam siebie nie podejrzewałem. Zmobilizowała mnie do tego, by zacząć żyć naprawdę. Myślę o niej bez przerwy – rano, gdy się budzę, i w nocy, gdy patrzę w gwiazdy i zastanawiam się, czy patrzy na te same. Ta relacja to coś zbyt cennego, by pozwolić jej zgasnąć. Nie chcę i nie potrafię odpuścić tej znajomości.
Nigdy wcześniej nie pisałem na blogu o związkach, o tęsknocie, o miłości. Zawsze chowałem te emocje głęboko w sobie. Ale może właśnie nadszedł ten czas? Mój czas zmian. Czas, by za namową Kwiatu Śliwy zrzucić pancerz i pozwolić sobie na wrażliwość. Bo jeśli nie dla takich chwil i nie dla takich osób warto żyć – to dla czego?