Otwock-Grudziądz 266km na rowerze zbierając kilometry dla fundacji „Herosi” na mecz żużlowy


Słowo się rzekło więc jadę. Było to na meczu Speed Car Motor Lublin ze Stalą Gorzów. Powiedziałem, że jeśli „koziołki” wygrają, to jadę na rowerze na ostatni mecz do Grudziądza. Nie ukrywam, że już miałem myśli na ten temat ale to były tylko myśli, więc teraz podzieliłem się tymi myślami na głos ze wszystkimi. Na sektorze każdy poderwał temat i każdy powiedział, że dam radę, dokładnie dałem radę i dlatego piszę te relację. Ale od początku.
Tym razem nie znałem drogi, pomimo tego, że przestudiowałem mapę, to i tak miałem całkiem spontaniczną podróż.
Do wyjazdu miałem tydzień, potrzebowałem wprowadzić kilka poprawek w rowerze, po ostatnim wypadku ( do Lublina) potrzebowałem wymienić tylnie koło, wiązało się z tym, że zmieniłem kasetę i łańcuch, dokupiłem bagażnik i sakwe. Jak zwykle z pomocą w zakupach przyszedł Decathlon. Teraz to wszystko potrzebowałem złożyć i dopasować. Kilka wieczorów, kombinacji i myśli technologicznej wszystko było gotowe. Czas na testy. Pozytywne. Więc powracam do planowania podroży i zastanawiania się co będzie mi potrzebne. Jak to zwykle bywa, ze sterty rzeczy, wybrałem najbardziej potrzebne, spakowałem. Gotowy.
Tym razem też postanowiłem jechać w jakiejś intencji i wyszukałem aplikacje ze zbieraniem kilometrów, zainstalowałem, wybrałem fundację „Herosi” i teraz już czułem się gotowy.
Pomimo wszystkich moich startach biegowych, rowerowych, to i tym razem był delikatny stresik.

Godzina „0”
23.08.2019 – przebudziłem się o 4 rano, chciałem spokojnie wyjechać i nie stresować się czasowo. Ale niestety było jeszcze zbyt ciemno i stwierdziłem, że odczekam aż się przejaśni. Godzinę później wypijam kawę zakładam buty, zamykam dom, wsiadam na rower, uruchamiam Garmin Fenix ( od zawsze jest ze mną) aplikację do zbierania kilometrów i w drogę.
pierwsze kilometry tak jakbym stał w miejscu, czas leci a kilometry nie zmniejszają się. Warszawę przejechałem sprawnie i po 2,5 godzinach wyjeżdżam w Nowym Dworze Mazowieckim. Nawigacja pięknie mnie poprowadziła ścieżkami rowerowymi, wałem przy Wiśle, lasem… aż byłem zachwycony, że tak się jedzie, nawet zadowolony, dobry czas, dobra prędkość, idealna pogoda.
Początkowo postanowiłem, że przerwę zrobię po przejechaniu 66 km ale w trakcie zmieniłem i postanowiłem, że przerwa będzie po 100 km ale stanęło na 136 km. Minąłem NDM i zacząłem jechać bocznymi dróżkami, nawigacja prowadziła mnie tak, że już zacząłem zauważać, że coś zaczynam się kręcić, zaczyna się szuter, zaczyna się piasek, pole, kukurydza, pole, rów i znowu kukurydza i dalej kukurydza. Już zaczynam wątpić, kilometry zaczęły uciekać, czas też, woda i izotonik już czuję, że się kończą, a tu same pola nie ma nawet strumyczka wody. Na dodatek kończy się droga i wyrasta przede mną kukurydza. Brnę przez pole szukam wyjścia – jest. wsiadam na rower i zaczynam nadrabiać stracony czas, wyjeżdżam po kilku kilometrach mam wieś i sklep. Wchodzę, biorę wodę, batonika i coś na śniadanie, podchodzę do kasy, a Pani oznajmia mnie, że kasa nie czynna i nie sprzeda mi nic. Nawet jak zapytałem czy może zapisać na kartce i później sobie nabije. Ale babka była stanowcza. Trudno, dyskutować nie będę, więc wkurzony wyszedłem i pojechałem dalej i znowu szuter i pole i znowu kukurydza. Zaczynam szału dostawać, a tu dopiero połowę drogi mam.
Nareszcie i nie spodziewanie wyjeżdżam i wypatruje sklep, robię zakupy, uzupełniam płyny, szybkie śniadanko, telefon do żony, podładowanie baterii i dalej w drogę. Byłem na półmetku, najedzony, podbudowany i rozpierała mnie energia czas był bardzo dobry i wydawało się, że droga jest lepsza. Jak na razie droga prosta, i bez podjazdów. Tak jak w poprzednim wyjeździe, to po Mazowszu jechało się łatwo i płasko. Kujawsko-Pomorskie przywitało mnie pięknym widokiem, stromym i długim podjazdem. A to był tylko początek. Wąska droga bez pobocza, piękny widok, zapach sosen – to tylko cisza przed burzą.
Kilometry lecą, dobiega godzina 16 i 200 km, robię przerwę. Czas mam. Znowu wybieram sobie miejsce, uzupełniam płyny, szybki posiłek. Niby mam tylko 66 km do celu i 4,5h wydaję się, że sporo czasu jest na pokonanie tego odcinka ale i tym razem nawigacja mnie nie oszczędziła.
Miało być 12 km szutrówki, a tu wyszło 45 km 🙁 droga fatalna, wyboista, nie ma gdzie się rozpędzić, piaseeek i nagle leżę ( nie zdążyłem wypiąć pedałów) była tak głęboki piasek, że nawet z trudem dało się iść, kawałek przebiegłem się z tym swoim majdanem, jak już poczułem lepszy grunt pod nogami znowu wskoczyłem na rower i w drogę. Czas uciekał i to jakoś szybko, kilometry zatrzymały się już nawet zwątpiłem, że uda mi się dojechać na czas, nawet pogodziłem się z tą myślą, że spóźnię się, telefon dzwoni, pytają u mnie gdzie jestem – w polu, jak to w polu? Byłem zły już nawet przestałem podziwiać widoki tylko co siły kręciłem pedały. Wreszcie po wyjeżdżam na asfalt, widzę po raz drugi tablicę informacyjną z napisem „Grudziądz” ucieszyłem się, do celu było 16 km. Szybko sprawdziłem jak mnie prowadzi nawigacja i po analizie wyłączyłem ją i kierowałem się znakami. Droga wąska, z podjazdami i zjazdami, ruch całkiem spory ale to był asfalt, można pędzić. ostatnie kilometry jechałam 27km/h, na zjazdach trochę odpoczywałem bo rozpędzałem się ponad 60km/h. Trochę odleciałem myślami i zacząłem analizować wyjazd jak nagle poczułem usłyszałem głos. Patrze i nie dowierzam też ktoś jedzie na rowerze ale czad. Od słowa do słowa i nagle widzę tablicę „Grudziądz” jest, zrobiłem, TO.
Ostatnie kilometry zleciały tak szybko dzięki rozmowie, że zapomniałem że zmęczyłem się trochę i że mogę spóźnić się.
W Grudziądzu zrobiliśmy pamiątkowe foto i rozjechaliśmy w swoje strony.

W mieście atmosfera była już sportowa, kibice z każdej strony szli na stadion. Ja też podążałem w tym samym kierunku. Odnalazłem szwagra, który już od kilku godzin czekał na mnie, szybka kąpiel przy samochodzie, zmiana ubrań i na mecz.
Z tej racji, że sektor dla gości był przepełniony staliśmy na sektorze dla gospodarzy, można pomyśleć, że ktoś będzie zaczepiać ale nie na żużlu, tutaj panuje atmosfera bardzo przyjemna i sportowa, każdy z nami rozmawia i kibicujemy wspólnie.

Następnym razem trochę inaczej podejdę do takiego wyjazdu, odstawię nawigację tylko zakupię normalną mapę, nie można ufać urządzeniu.
Kolejna sprawa, to lepiej przestudiuję drogę i lepiej rozłożę czas, tak aby jechać z przyjemnością i dla przyjemności.
Porównując do wyjazdu poprzedniego, to:
– tam znałem drogę, tutaj nie
– tam miałem ogrom zapasu czasowego, tutaj nie
– tam nagrywałem i robiłem fotki, tutaj też ale bardzo mało
Reasumując, to wszystko mi się udało, zebrałem trochę kilometrów dla fundacji „Herosi” zdążyłem na mecz, zobaczyłem kolejny „kawałek” Polski z perspektywy roweru, przekroczyłem kolejną swoją barierę, zaplanowałem kolejny wyjazd ale o tym już niebawem 🙂

Sprzęt którym nagrywam wszystko, który jest ze mną w każdych warunkach i wszędzie zemną, to kamerka sportowa Olympus Tough ( o sprzęcie przygotowuję osobny wpis)
Zegarek Garmin Fenix II ( nie rozłączny mój przyjaciel od 5 lat :-)) z aplikacją Garmin Connect