Maratony dla każdego?


Czy bieg maratoński jest dla każdego? Tak, prawie dla każdego. Jak to rozumieć? Zwyczajnie. Wystarczy trochę zaparcia w sobie, mobilizacji, siły, dobrego nastawienia i tak można osiągnąć cel.
Dlaczego o tym wspominam? Właśnie sam chciałem sprawdzić na własnej skórze jak wygląda Maraton bez przygotowania.
Pewnego razu w Empiku napotkałem pewną książkę, gdzie jest opis jak się przygotowywać do ultramaratonów i właśnie tam facet opisywał, że każdy bez przygotowania może przebiec maraton.
Pomyślałem sobie, że skoro inni przebiegli, to dlaczego ja tego nie zrobie i postanowiłem taki cel.
Od kwietnia nie biegałem, nie jeździłem na rowerze, nie pływałem tylko pracowałem fizycznie 6 dni w tygodniu od 7:00 do 17:00. Do tego wszystkiego, to był pierwszy poważny bieg w sezonie, gdyż nie startowałem od początku 2016 roku w żadnym biegu, aby było ciekawiej pierwszy bieg od kiedy nie jem mięsa i jak? Cel osiągnięty.
Nadszedł dzień 25.09.2016 obudziłem się jak zwykle poranna toaleta, śniadanie, kawa, herbata, kilka szklanek wody, magnez i lekkim truchcikiem pobiegłem na linie startu.
image
Jak zwykle na starcie było bardzo dużo ludzi, a tym razem postanowiłem udać się praktycznie na sam koniec. W drodzę na miejsce jak to zawsze zaczął się „hymn” maratonu warszawskie Czesława Niemena ” Sen o Warszawie” ( nie wiem ile razy słuchałem tą piosenkę ale takich ciarek i dreszczy jak przed maratonem, to nigdy nie mam) uwielbiam ten stan i to uczucie przed biegiem i podczas tej piosenki… I ostatnie odliczanie 10…9…8…7…6…5…4…3…2…1… I zaczęło się.
image
Lekki bieg, nie dałem się ponieść emocjom 5 km nawet nie zauważyłem jak minąłem. Stan psychiczny bardzo dobry, Wbiegamy na Mokotów, Ursynów jakoś mało ludzi, słaby doping ( wiadomo zawsze ostatnie kilometry biegło się przez Mokotów i lidzi było bardzo dużo) nie zdążyłem pomysleć jak juz jestem na Wilanowie, Łazienki, Powiślę i Praga… Mijam most Gdański i zaczyna się kryzys. Nogi jak z drewna. Nie mogę zgiąć, nie mogę biec, wszystko mnie drażni, wszystko denerwuję, wkurzają mnie ludzie. Nigdy nie zdażyło mi się zatrzymać i iść ale niestety siła wyższa, idę… Chcę biec, podbiegami kilometr i znowu zwalniam, ludzie mnie wyprzedzają… Czasem nie denerwuję się, bo tym razem mam przebiec i dotrzec na metę w jednym kawałku, wiem, że zmieszczę się w limicię nawet jak mam iść na czworakach. 38 kilometr zaczyna działać cukier i żel które kilka kilometrów wcześniej zjadłem. Biegnę. 39 km prosta, nie zwalniam, GPS pokazuję, że nawet przyspieszam, mijam 40 km i mam z górki nogi zaczynają same już mnie nieść, 41 km już nie patrzę na czas, wiem, że nic mnie nie powstrzyma… Meta… Łzy w oczach, czuję sól jest mi zimno i brak myśli.
Dopiero po kilku godzinach zaczęło do mnie docierać jaki wysiłek poniosłem i co zrobiłem.
Przemyślając i analizując bieg stwierdzam, że plan osiągnąłem i potwierdzam słowa, że maraton Może przebiec każdy, tylko trzeba mieć mocne samozaparcie. Jaki miałem czas? Powiem odrazu, że pamiętam swój pierwszy maraton który ukończyłem w 3:56h tam w miarę dobrze trenowałem, do tego przypomnę, że rekord mam w maratonie 3:18h, a tym razem 4:01:01h.
Liczyło się dobiegnięcie do mety, nie patrząc na czas – udało sie. Jestem zadowolony. Regeneruję się i zaczynam przygotowanie do następnego sezonu. Ten rok całkowicie odpuszczam ale w nadchodzącym sezonie podnoszę wysoko poprzeczkę i zaczynam starty
Reasumując. Nie można poddawać się, trzeba iść do przodu, a co jest nie wykonalne dasię wykonać i zrealizować.
Mam nadzieję, że w następnym roku znowu uda mi sie wystartować w maratonie Warszawskim.